Jeszcze nie tak dawno traktowałam je jako miejsce dla desperatów, bo przecież wymarzonego partnera można poznać w normalny sposób. Na uczelni. Imprezie. W autobusie albo pociągu (przecież każda z nas słyszała z pierwszej bądź drugiej ręki o takiej romantycznej historii). W hipermarkecie, na przykład najeżdżając komuś wózkiem na stopę (działa tylko gdy wyglądasz jak Scarlett Johansson). Tylko że mi jakoś nie udało się doprowadzić w takich sytuacjach do czegoś więcej niż wymiana spojrzeń i uśmiechów, a studia w międzyczasie się skończyły i okazji jakby mniej. Z racji profesji w pracy spotykam głównie schorowanych ludzi po pięćdziesiątce albo młodych tatusiów kupujących syrop dla syna. Ewentualnie przystojniaków uprzejmie zagadujących o test ciążowy dla swojej dziewczyny. A kiedy się trafi ktoś młody, wolny i do rzeczy, zwykle na recepcie ma leki psychotropowe. Także widzicie - praca nie jest miejscem w którym mogłabym znaleźć Pana Właściwego.
Tym sposobem osiągnęłam odpowiedni poziom desperacji i wykupiłam 3-miesięczny abonament na portalu randkowym. Z opowieści koleżanek nie spodziewałam się księcia na białym koniu, bo tacy nie muszą chyba szukać przez internet. Gdzieś tam jednak miałam nadzieję, że poznam normalnego chłopaka który też nie ma wielu okazji żeby wejść w związek.
Wnioski po trzech miesiącach?
Pierwszy wniosek: trzeba pocałować wiele żab, żeby znaleźć swojego księcia.
Drugi wniosek: nie wiem czy mam siłę je wszystkie całować.
Osoby które odzywały się do mnie dzieliły się na kilka głównych grup:
1. Krótkodystansowcy: wymiana dwóch maili, spotkanie najchętniej zakończone wiecie czym, a potem poszukiwanie kolejnej zdobyczy. Nie żebym miała coś przeciwko in general, ale skoro wyraźnie piszę że nie jestem zainteresowana krótkimi przygodami, mogliby sobie darować pisanie akurat do mnie.
2. Długodystansowcy: chętnie sobie popiszą, robi się miło, ale wszelkie propozycje spotkania ucinają w zarodku. Ot, taka rozrywka.
3. Osoby które rzeczywiście dążą do związku - w mojej okolicy są to głównie ludzie z wykształceniem podstawowym bądź średnim z mniejszych miasteczek. Absolutnie nie dyskryminuję mniejszych miasteczek, nie uważam też że każdy musi mieć magistra. Niemniej błędy ortograficzne w każdym zdaniu albo strona o mnie w stylu "nie ma co pisać, to ewaluje z czasem" , dość skutecznie zrażały mnie do dalszych kontaktów. O panach po pięćdziesiątce szukających dużo młodszej partnerki nie będę się rozpisywać.
Ostatecznie doszło do trzech spotkań, które nie doprowadziły do niczego poza (obopólnym?) rozczarowaniem. I jestem zmęczona - codzienne pisanie, smsy, angażowanie swojego czasu, robienie sobie głupich nadziei, narastanie oczekiwań które nie wytrzymywały zderzenia z rzeczywistością... nie mam w tej chwili na to siły. Chociaż pewnie za miesiąc się otrząsnę. I znowu spróbuję. W końcu trzeba pocałować wiele żab żeby etc.
A co Wy myślicie o portalach randkowych?