poniedziałek, 16 września 2013

Zanim zaczniesz biegać, najpierw naucz się chodzić...

... czyli będzie o treningach chodzonych (walk workouts) z Youtube. Pierwszy zobaczyłam na jakimś blogu. Pobieżnie go przejrzałam, zobaczyłam maszerujące w miejscu panie które od czasu do czasu robiły wykroki i kopnięcia i cały pomysł wydał mi się raczej... zabawny. Sympatycznie zabawny, ale chodzenie przed ekranem komputera jest raczej monotonne i mało angażujące, zwłaszcza w porównaniu do energetycznej MelB. Ale film jakoś utknął mi w pamięci i kiedy dotknął mnie poantybiotykowy/jesienny spadek energii o którym pisałam w poprzednim poście pomyślałam że "lepiej sobie pochodzić i powymachiwać rękami niż nie zrobić totalnie nic". I tak dołączyłam do chodzących babeczek ;)

Ogólnie rzecz biorąc walk workouts kierowane są do osób bardzo początkujących, co często podkreśla prowadząca ("jeśli się zmęczysz wykopami, po prostu idź", "nie musisz używać ciężarków jeśli źle się z nimi czujesz" etc), a także do osób z dużą nadwagą. Nie obciąża stawów tak jak bieganie, a w dłuższym okresie prowadzi do poprawienia kondycji, spadku poziomu cholesterolu i bezbolesnego "zaprzyjaźnienia się z ruchem". Przy odpowiedniej intensywności pozwala również spalić całkiem przyzwoitą ilość kalorii.

Na Youtube jest cała masa "treningów chodzonych" z podziałem na przebytą odległość (jedna mila, dwie mile etc.). Można znaleźć chodzenie połączone z pracą z hantlami, chodzone układy taneczne, chód interwałowy, indoor jogging dla bardziej zaawansowanych... do wyboru, do koloru.






Z pewnością poleciłabym je jako rodzaj cardio dla początkujących z dużą nadwagą, które mogłyby poczuć się zniechęcone zbyt szybkim tempem popularnych trenerek. Oraz dla wszystkich innych, które mają gorszy dzień (albo serię gorszych dni - jak ja) i zamiast dawać z siebie 100% chcą zafundować sobie coś lżejszego (a nawet bardzo lekkiego ;P). Może nie zapewni to nam spektakularnych zmian w sylwetce, ale lepszy taki trening niż żaden, prawda?

piątek, 13 września 2013

Jesienny spadek energii

Złe samopoczucie towarzyszy mi już ponad tydzień, od czasu odstawienia antybiotyku. Polekowe osłabienie,  kłopoty z tarczycą, a może początki jesiennej depresji - who knows? Tak czy inaczej objawia się to:
1. ogólnym spadkiem chęci do czegokolwiek 
2. wzmożoną potrzebą snu i zwiększonym zmęczeniem po pracy (śpię po 9-10 godzin na dobę, następne 10 poświęcam na pracę i dojazdy czyli dosłownie przesypiam życie!)
3. zmniejszonym apetytem (jedyny pozytyw)
4. zmniejszoną tolerancją na wysiłek - przy ćwiczeniach które jeszcze miesiąc temu wykonywałam bez problemów jestem zmęczona, kolana mi drżą etc.

Metody walki:




Żeń-szeń (Panax Ginseng):

- adaptogen, którego właściwości przypisuje się zawartości unikalnych związków: ginsenozydów
- zwiększa siły witalne organizmu, pomaga w stanach chronicznego zmęczenia
- wspomaga pamięć i koncentrację
- podwyższa ciśnienie krwi
- redukuje stres oksydacyjny

Tran (tutaj: tran islandzki marki Lysi):

- jest to olej z wątroby dorsza, bogaty w nienasycone kwasy tłuszczowe omega-3 i omega-6
- przy regularnym stosowaniu poprawia stan układu sercowo-naczyniowego, obniża poziom cholesterolu, zmniejsza krzepliwość krwi
- źródło witamin A i D (obecnie ma to mniejsze znaczenie,ale w latach 50 uzupełniano nim niedobory wśród młodzieży szkolnej).
 - witamina D3 poprawia funkcjonowanie białych krwinek dlatego tran wspomaga odporność organizmu (chociaż tutaj polecałabym bardziej olej z wątroby rekina...)
- kwasy omega-3, głównie DHA, stanowią główny budulec kory mózgowej. Z tego względu podaż tych kwasów w diecie jest niezbędna do prawidłowego funkcjonowania mózgu, działa przeciwdepresyjnie i przeciwlękowo





Różeniec górski (złoty korzeń, arktyczny korzeń):

- adaptogen, mniej znany "brat" żeń-szenia
- poprawia wytrzymałość na stres fizyczny i psychiczny
- stymuluje wydzielanie neuroprzekaźników, dlatego przeciwdziała depresji
- zwiększa wydolność organizmu, zmniejszając jednocześnie czas potrzebny na odpoczynek pomiędzy okresami intensywnych ćwiczeń

Falvit - zestaw witamin i minerałów o dość przyzwoitym składzie

A jeśli to nie pomoże, pozostanie mi tylko pakiet badań diagnostycznych i wizyta u lekarza.


Tak na marginesie, ostatnio na blogach widziałam wysyp postów na temat jesiennej chandry i dziesiątki sposobów jak sobie z nią radzić: od kąpieli z bąbelkami do zapisania się na fitness. Wszystkie są fajne, ciekawe i mogą chwilowo poprawić nastrój, ale jeśli przez dłuższy okres czujecie się kiepsko pod względem fizycznym i psychicznym, to zamiast zapalić dziesiątą z rzędu świecę o zapachu cynamonu idźcie do lekarza. To może być anemia, początki depresji, zaburzenia hormonalne lub coś poważniejszego i podstawowa morfologia po prostu Wam się należy. Nie dajcie sobie wmówić, że młodzi ludzie nie chorują.

PS. Syndrom chronicznego zmęczenia jest przez wielu lekarzy uznawany za chorobę! Niestety cholernie trudną do zdiagnozowania i leczenia, więc mogę mieć tylko nadzieję że to nie to...


poniedziałek, 9 września 2013

100 książek które trzeba przeczytać wg BBC

Post zainspirowany TYM WPISEM.

1. Duma i uprzedzenie – Jane Austen
2. Władca Pierścieni – JRR Tolkien
3. Jane Eyre – Charlotte Bronte
4. Seria o Harrym Potterze – JK Rowling
5. Zabić drozdad – Harper Lee

6. Biblia
7. Wichrowe Wzgórza – Emily Bronte
8. Rok 1984 – George Orwell

9. Mroczne materie (seria) – Philip Pullman
10. Wielkie nadzieje – Charles Dickens

11. Małe kobietki – Louisa M Alcott
12. Tessa D’Urberville – Thomas Hardy (oglądałam serial BBC który ostro mnie zdołował)
13. Paragraf 22 – Joseph Heller
14. Dzieła zebrane Szekspira (bez przesady)
15. Rebeka – Daphne Du Maurier
16. Hobbit – JRR Tolkien
17. Birdsong – Sebastian Faulks
18. Buszujący w zbożu – JD Salinger
19. Żona podróżnika w czasie – Audrey Niffenegger
20. Miasteczko Middlemarch – George Eliot

21. Przeminęło z wiatrem – Margaret Mitchell
22. Wielki Gatsby – F Scott Fitzgerald
23. Samotnia (w innym tłumaczeniu: Pustkowie) – Charles Dickens
24. Wojna i pokój – Leo Tolstoy
25. Autostopem przez Galaktykę – Douglas Adams
26. Znowu w Brideshead – Evelyn Waugh
27. Zbrodnia i kara – Fyodor Dostoyevsky
28. Grona gniewu – John Steinbeck
29. Alicja w Krainie Czarów – Lewis Carroll
30. O czym szumią wierzby – Kenneth Grahame

31. Anna Karenina – Leo Tolstoy
32. David Copperfield – Charles Dickens
33. Opowieści z Narnii (cały cykl) – CS Lewis

34. Emma- Jane Austen
35. Perswazje – Jane Austen

36. Lew, Czarwnica i Stara Szafa – CS Lewis
37. Chłopiec z latawcem – Khaled Hosseini
38. Kapitan Corelli (w innym tłumaczeniu: Mandolina kapitana Corellego) – Louis De Bernieres
39. Wyznania Gejszy – Arthur Golden
40. Kubuś Puchatek – AA Milne
41. Folwark zwierzęcy – George Orwell
42. Kod Da Vinci – Dan Brown
43. Sto lat samotności – Gabriel Garcia Marquez

44. Modlitwa za Owena – John Irving
45. Kobieta w bieli – Wilkie Collins

46. Ania z Zielonego Wzgórza – LM Montgomery
47. Z dala od zgiełku – Thomas Hardy
48. Opowieść podręcznej – Margaret Atwood 

49. Władca much – William Golding
50. Pokuta – Ian McEwan (jestem w trakcie)
51. Życie Pi – Yann Martel

52. Diuna – Frank Herbert
53. Cold Comfort Farm – Stella Gibbons
54. Rozważna i romantyczna – Jane Austen
55. Pretendent do ręki – Vikram Seth
56. Cień wiatru – Carlos Ruiz Zafon
57. Opowieść o dwóch miastach – Charles Dickens
58. Nowy wspaniały świat – Aldous Huxley
59. Dziwny przypadek psa nocną porą (również: Dziwny przypadek z psem nocną porą) – Mark Haddon
60. Miłość w czasach zarazy – Gabriel Garcia Marquez
61. Myszy i ludzie (również: O myszach i ludziach) – John Steinbeck
62. Lolita – Vladimir Nabokov

63. Tajemna historia – Donna Tartt
64. Nostalgia anioła – Alice Sebold
65. Hrabia Monte Christo – Alexandre Dumas
66. W drodze – Jack Kerouac
67. Juda nieznany – Thomas Hardy

68. Dziennik Bridget Jones – Helen Fielding
69. Dzieci północy – Salman Rushdie
70. Moby Dick – Herman Melville
71. Oliver Twist – Charles Dickens

72. Dracula – Bram Stoker
73. Tajemniczy ogród – Frances Hodgson Burnett

74. Zapiski z małej wyspy – Bill Bryson
75. Ulisses – James Joyce

76. Szklany kosz – Sylvia Plath
77. Jaskółki i Amazonki – Arthur Ransome
78. Germinal – Emile Zola
79. Targowisko próżności – William Makepeace Thackeray
80. Opętanie – AS Byatt

81. Opowieść wigilijna – Charles Dickens
82. Atlas chmur – David Mitchell

83. Kolor purpury – Alice Walker
84. Okruchy dnia – Kazuo Ishiguro
85. Pani Bovary – Gustave Flaubert
86. A Fine Balance – Rohinton Mistry
87. Pajęczyna Szarloty – EB White
88. Pięć osób, które spotykamy w niebie – Mitch Albom
89. Przygody Scherlocka Holmesa – Sir Arthur Conan Doyle
90. The Faraway Tree Collection – Enid Blyton
91. Jądro ciemności – Joseph Conrad

92. Mały Książę – Antoine De Saint-Exupery
93. Fabryka os – Iain Banks
94. Wodnikowe Wzgórze – Richard Adams
95. Sprzysiężenie głupców (również: Sprzysiężenie osłów) – John Kennedy Toole
96. Miasteczko jak Alece Springs – Nevil Shute
97. Trzej muszkieterowie – Alexandre Dumas

98. Hamlet – William Shakespeare
99. Charlie i fabryka czekolady – Roald Dahl
100. Nędznicy – Victor Hugo

Instrukcja obsługi:
1. Pogrub te tytuły, które przeczytałeś/-łaś.
2. Użyj kursywy przy tych, które masz zamiar przeczytać.
3. Wykreśl te tytuły, których nie masz zamiaru czytać, albo byłaś/-łeś zmuszona/-y przeczytać za czasów szkolnych i je znienawidziłaś/-łeś.

4. Umieść to na blogu.


Jak widać dominuje literatura brytyjska (nieproporcjonalnie dużo Dickensa i Austen) i amerykańska przy pominięciu autorów z innych krajów, za wyjątkiem Dumasa, Tołstoja i Dostojewskiego (głupio by było ich pominąć;) ). Ale ja bardzo lubię literaturę angielską więc moim bezterminowym, niefitnessowym wyzwaniem będzie pogrubienie każdego zaznaczonego kursywą tytułu.

Krótki update ćwiczeniowy: ćwiczę i /względnie/ dietuję, ale konkrety podam kiedy wreszcie będę miała czym się pochwalić.



wtorek, 3 września 2013

Ostatni dzień antybiotyku i pierwszy nowego wyzwania

Antybiotyk miał opóźniony zapłon, ale w końcu podziałał (a może choroba zaczęła przechodzić samoistnie) i mogę powiedzieć że jestem prawie zdrowa. Kaszel i lekki katar będą się utrzymywać pewnie przez parę tygodni, ale samopoczucie za to znacznie lepsze i to się liczy. Jutro rano biorę ostatnią tabletkę, i w pełni sił będę mogła dołączyć do nowego wyzwania Kamy (KLIK).





 Najbardziej mnie boli że te dwa tygodnie chorowania były porażką pod względem żywieniowym. Siedziałam w domu zasmarkana, nudziłam się, nie miałam internetu, za to miałam lodówkę i ŻARŁAM. Przez co zaprzepaściłam te mizerne efekty które wypracowałam wcześniej. Dlatego akcja autorki bloga spadła mi jak gwiazdka z nieba i dała solidnego kopa do działania, mimo że zaczynam z kilkudniowym poślizgiem.
Cztery miesiące do końca roku, zakładany spadek około 2 kilogramów na miesiąc i na Sylwestra powinnam być już szczupła, gładka i powabna ;-)

Jutro The moment of truth czyli wymiary i aktualna waga.





piątek, 30 sierpnia 2013

Kontrola i inne nieszczęścia

Wiem że od kilku postów blog zaczyna przypominać litanię narzekań, zamiast coś na kształt bloga fitnessowo-lifestylowego o którym marzyłam, ale trudno. Znów się muszę pożalić.
1. Antybiotyk nie działa, a choroba rozwija w najlepsze. Z dnia na dzień jest gorzej.
2. Mimo to musiałam wrócić do pracy ze względu na zapowiedzianą kontrolę przy której muszę być obecna.
3. Również ze względu na kontrolę nie mogę wziąć zaplanowanego wrześniowego urlopu. Zostaną mi tak atrakcyjne terminy jak październik czy listopad. 
4. Po sobotnim weselu kandydat na chłopaka stał się byłym kandydatem na chłopaka.
5. W Biedronce nie mają grzanego wina, które miało stanowić moje lekarstwo na punkty 1. 2. 3. i 4.


PS. Właśnie ułamał mi się paznokieć.


środa, 28 sierpnia 2013

Uciekałam jak umiałam a i tak mnie dopadło...

A jednak - mimo walki - dopadło mnie paskudne choróbstwo. Przechodzone przeziębienie zmieniło się w regularne zapalenie oskrzeli z kiepskimi wynikami badań i koniecznością przyjmowania końskiej dawki antybiotyku. Jestem na zwolnieniu, leżę w łóżku, o ćwiczeniach nie ma nawet mowy (z dietą też kiepsko, bo pocieszam się czekoladą...). W dodatku router mi padł więc mój internet ograniczony jest do 1 GB miesięcznie z modemu Play, dlatego nie mogę was za bardzo czytać i komentować.
Wracam gdy tylko poczuję się lepiej.
 

środa, 21 sierpnia 2013

Odkładanie życia na później (dzisiaj na poważnie)

Na początku bloga przedstawiłam pokrótce swoją historię odchudzania, nie poruszyłam jednak bardzo ważnej i bolesnej kwestii swoistego trwania w zawieszeniu i odkładnia życia na później, do tego szczęśliwego momentu aż będę szczupła a wszystko automatycznie stanie się  piękne i cudowne.
Nie wiem czy jest to powszechne zjawisko. Z tego co czytam na Waszych blogach, większość z Was potrafi cieszyć się życiem niezależnie od obecnej wagi. Z drugiej strony nie wierzę, żeby problem uzależniania życia od wskazówki wagi dotyczył tylko mnie. To by było cholernie niesprawiedliwe, nie sądzicie? ;-) A tak serio przecież ludzie otyli mają różne strategie radzenia sobie z własną tuszą: niektórzy robią z siebie wesołego grubasa, inni udają że problem nie istnieje i zakładają mini rozmiaru 46, więc muszą być też tacy którzy wycofują się ze społeczności wgłąb siebie i przez lata opracowują taktykę stapiania się ze ścianą, obiecując sobie że kiedy schudną wszystko sobie odbiją.

Wydaje mi się, że w moim przypadku wszystko rozpoczęło się, kiedy dostałam się do tzw. "dobrego liceum". Dobrego to znaczy wysoko z rankingach, dla tzw. młodzieży z ambicjami, z dobrych domów. Naturalne onieśmielenie związane z nową szkołą stało się znacznie większe, kiedy uświadomiłam sobie że wszyscy są szczupli, zgrabni i fajnie ubrani. Nie należę do tych przebojowych szczęśliwców emanujących pozytywną energią, posiadających ciekawą pasję, wybijających się w jakiejś dziedzinie - słowem, nie miałam nic, czym mogłabym nadrobić nieciekawą (grubą) powierzchowność. Nie lubiłam mojej klasy. Nigdy do końca się z nią nie zintegrowałam, choć nigdy nikt mnie specjalnie nie odrzucał czy nie wyśmiewał. Już wówczas w mojej głowie zaczął pojawiać się głosik, który tłumaczył mi że nie zasługuję na to, żeby gdzieś wyjść z rówieśnikami. Iść na połowinki (bo grubas śmiesznie będzie wyglądał w sukience no i nie miałam z kim). Na osiemnastkę kolegi do klubu. Na klasową wycieczkę. Nic dziwnego że z czasem przestałam być uwzględniana w zaproszeniach. 
Od samotności uciekałam w internet i z niecierpliwością czekałam na studia. Bo przecież wtedy wszystko się zmieni, prawda? Schudnę, a wtedy studenckie życie stanie przede mną otworem. I "nadrobię" te beznadziejne lata liceum.

Na studiach schudłam, ale nie dość, a co gorsza zaczęłam zajadać stres i znowu tyć. Głos z tyłu głowy stawał się coraz silniejszy: jesteś za gruba, żeby iść i się tak po prostu bawić, zrobisz z siebie pośmiewisko! Słuchałam tego głosu, unikałam grupowych imprez, tłumaczyłam że nie lubię dyskotek, aż wreszcie moja grupa rozbiła się na grupki które zaczęły same organizować imprezy i wyjścia, a ja znowu nigdzie nie należałam. Dodatkowo wszystkie (nie żeby było ich wiele) możliwości poznania jakiegoś faceta ucinałam w zarodku, bo - tak, zgadliście - grubas nie zasługuje na chłopaka. 
Z czasem przywykłam do stresu i w okolicach trzeciego roku powoli zeszłam do wagi 53 kilo przy 161 cm wzrostu (utrzymywałam ją do końca studiów). Byłam dumna z siebie i szczęśliwa. Wreszcie mogłam przyłączyć się do jakiejś społeczności, zacząć chodzić na imprezy, przestać siedzieć w domu. Przecież jestem szczuplejsza niż część moich koleżanek, życie stanie się piękne. Tylko wiecie co... nikt na mnie specjalnie nie czekał. Kupiłam bilet na imprezę studentów z mojego roku, poszłam odpicowana, zebrałam parę miłych komplementów i TO WSZYSTKO. Próżnia. Znajomi z roku mieli już swój krąg przyjaciół, należeli do organizacji studenckich etc i po dwóch latach zdawkowych rozmów nie miałam jak się do nich przebić. Ludzie generalnie mieli gdzieś że schudłam - dalej postrzegali mnie jako szarą, nieciekawą osobę z którą można porozmawiać najwyżej o studiach czy o filmie w telewizji i nie miałam wielkich szans żeby to zmienić. A próbowałam. Chodziłam na dyskoteki z koleżankami z poczuciem że się wpraszam, bo żadna nie spytała mnie czy robimy jakiś wypad wieczorem. Urządzałam tzw. before party (frekwencja żałosna), proponowałam jakieś wyjścia (ale szybko przestałam bo przechodziły bez echa), zawsze pierwsza wysyłałam życzenia świąteczne, pomagałam w prezentacjach i tym podobne. Wszystko na nic - więzi przyjaźni zostały już utworzone, a ja mogłam co najwyżej awansować na "koleżankę". 
Wiem, że to absurdalne i wtedy też to wiedziałam, ale miałam pretensje do całego świata. Przecież kiedy schudnę miałam zacząć cudowne życie, chodzić na imprezy, latem organizować studenckie wyjazdy, a zimą sylwestra w Zakopanem. A tak naprawdę nic się nie zmieniło. Lata liceum i studiów uciekły mi przez palce na odkładaniu wszystkiego do czasu "aż schudnę", a potem rozżaleniu że owe schudnięcie nie robiło nikomu różnicy. Zanim przejrzałam na oczy skończyły się studia, zaczęłam pracować i teraz każdy ma swoje życie - nie jest łatwo znaleźć przyjaciół, czas na wojaże, i generalnie panuje pogląd że "czas na szaleństwa minął". A ja teraz chętnie korzystałabym z każdej okazji na rozrywkę, tylko tych okazji jakby brak ;)

Po co to piszę? Chyba jako przestrogę i prośbę. Wiem że wiele osób czytających te blogi ma kilkanaście-dwadzieścia lat. Więc proszę Was: nie róbcie tego co ja. Kiedy ktoś was gdzieś zaprosi - idźcie. Kiedy klasa wybiera się na basen, nie wykręcajcie się tylko kupujcie strój jednoczęściowy (jeśli krępujecie się bikini) i bawcie się dobrze. Od początku inicjujcie wyjścia i korzystajcie z każdej szansy studenckiego wyjazdu. Niezależnie czy chodzi o nadwagę, trądzik czy inny problem z wyglądem, takie cechy zewnętrzne mają znaczenie tylko przez kilka pierwszych dni - w relacjach z ludźmi o wiele bardziej liczy się osobowość, więc jeśli od początku będziecie otwarte, uśmiechnięte, ciekawe świata, ludzie przestaną zwracać uwagę na Wasze problemy wyglądowe. Nie odkładajcie życia do chwili, kiedy już osiągnięcie ideał. Mówię Wam z własnego doświadczenia: nie warto.

PS. Zresztą myślę, że większości dziewczyn tutaj problem nie dotyczy. Ta notka powstała tak na wszelki wypadek ;-)