środa, 21 sierpnia 2013

Odkładanie życia na później (dzisiaj na poważnie)

Na początku bloga przedstawiłam pokrótce swoją historię odchudzania, nie poruszyłam jednak bardzo ważnej i bolesnej kwestii swoistego trwania w zawieszeniu i odkładnia życia na później, do tego szczęśliwego momentu aż będę szczupła a wszystko automatycznie stanie się  piękne i cudowne.
Nie wiem czy jest to powszechne zjawisko. Z tego co czytam na Waszych blogach, większość z Was potrafi cieszyć się życiem niezależnie od obecnej wagi. Z drugiej strony nie wierzę, żeby problem uzależniania życia od wskazówki wagi dotyczył tylko mnie. To by było cholernie niesprawiedliwe, nie sądzicie? ;-) A tak serio przecież ludzie otyli mają różne strategie radzenia sobie z własną tuszą: niektórzy robią z siebie wesołego grubasa, inni udają że problem nie istnieje i zakładają mini rozmiaru 46, więc muszą być też tacy którzy wycofują się ze społeczności wgłąb siebie i przez lata opracowują taktykę stapiania się ze ścianą, obiecując sobie że kiedy schudną wszystko sobie odbiją.

Wydaje mi się, że w moim przypadku wszystko rozpoczęło się, kiedy dostałam się do tzw. "dobrego liceum". Dobrego to znaczy wysoko z rankingach, dla tzw. młodzieży z ambicjami, z dobrych domów. Naturalne onieśmielenie związane z nową szkołą stało się znacznie większe, kiedy uświadomiłam sobie że wszyscy są szczupli, zgrabni i fajnie ubrani. Nie należę do tych przebojowych szczęśliwców emanujących pozytywną energią, posiadających ciekawą pasję, wybijających się w jakiejś dziedzinie - słowem, nie miałam nic, czym mogłabym nadrobić nieciekawą (grubą) powierzchowność. Nie lubiłam mojej klasy. Nigdy do końca się z nią nie zintegrowałam, choć nigdy nikt mnie specjalnie nie odrzucał czy nie wyśmiewał. Już wówczas w mojej głowie zaczął pojawiać się głosik, który tłumaczył mi że nie zasługuję na to, żeby gdzieś wyjść z rówieśnikami. Iść na połowinki (bo grubas śmiesznie będzie wyglądał w sukience no i nie miałam z kim). Na osiemnastkę kolegi do klubu. Na klasową wycieczkę. Nic dziwnego że z czasem przestałam być uwzględniana w zaproszeniach. 
Od samotności uciekałam w internet i z niecierpliwością czekałam na studia. Bo przecież wtedy wszystko się zmieni, prawda? Schudnę, a wtedy studenckie życie stanie przede mną otworem. I "nadrobię" te beznadziejne lata liceum.

Na studiach schudłam, ale nie dość, a co gorsza zaczęłam zajadać stres i znowu tyć. Głos z tyłu głowy stawał się coraz silniejszy: jesteś za gruba, żeby iść i się tak po prostu bawić, zrobisz z siebie pośmiewisko! Słuchałam tego głosu, unikałam grupowych imprez, tłumaczyłam że nie lubię dyskotek, aż wreszcie moja grupa rozbiła się na grupki które zaczęły same organizować imprezy i wyjścia, a ja znowu nigdzie nie należałam. Dodatkowo wszystkie (nie żeby było ich wiele) możliwości poznania jakiegoś faceta ucinałam w zarodku, bo - tak, zgadliście - grubas nie zasługuje na chłopaka. 
Z czasem przywykłam do stresu i w okolicach trzeciego roku powoli zeszłam do wagi 53 kilo przy 161 cm wzrostu (utrzymywałam ją do końca studiów). Byłam dumna z siebie i szczęśliwa. Wreszcie mogłam przyłączyć się do jakiejś społeczności, zacząć chodzić na imprezy, przestać siedzieć w domu. Przecież jestem szczuplejsza niż część moich koleżanek, życie stanie się piękne. Tylko wiecie co... nikt na mnie specjalnie nie czekał. Kupiłam bilet na imprezę studentów z mojego roku, poszłam odpicowana, zebrałam parę miłych komplementów i TO WSZYSTKO. Próżnia. Znajomi z roku mieli już swój krąg przyjaciół, należeli do organizacji studenckich etc i po dwóch latach zdawkowych rozmów nie miałam jak się do nich przebić. Ludzie generalnie mieli gdzieś że schudłam - dalej postrzegali mnie jako szarą, nieciekawą osobę z którą można porozmawiać najwyżej o studiach czy o filmie w telewizji i nie miałam wielkich szans żeby to zmienić. A próbowałam. Chodziłam na dyskoteki z koleżankami z poczuciem że się wpraszam, bo żadna nie spytała mnie czy robimy jakiś wypad wieczorem. Urządzałam tzw. before party (frekwencja żałosna), proponowałam jakieś wyjścia (ale szybko przestałam bo przechodziły bez echa), zawsze pierwsza wysyłałam życzenia świąteczne, pomagałam w prezentacjach i tym podobne. Wszystko na nic - więzi przyjaźni zostały już utworzone, a ja mogłam co najwyżej awansować na "koleżankę". 
Wiem, że to absurdalne i wtedy też to wiedziałam, ale miałam pretensje do całego świata. Przecież kiedy schudnę miałam zacząć cudowne życie, chodzić na imprezy, latem organizować studenckie wyjazdy, a zimą sylwestra w Zakopanem. A tak naprawdę nic się nie zmieniło. Lata liceum i studiów uciekły mi przez palce na odkładaniu wszystkiego do czasu "aż schudnę", a potem rozżaleniu że owe schudnięcie nie robiło nikomu różnicy. Zanim przejrzałam na oczy skończyły się studia, zaczęłam pracować i teraz każdy ma swoje życie - nie jest łatwo znaleźć przyjaciół, czas na wojaże, i generalnie panuje pogląd że "czas na szaleństwa minął". A ja teraz chętnie korzystałabym z każdej okazji na rozrywkę, tylko tych okazji jakby brak ;)

Po co to piszę? Chyba jako przestrogę i prośbę. Wiem że wiele osób czytających te blogi ma kilkanaście-dwadzieścia lat. Więc proszę Was: nie róbcie tego co ja. Kiedy ktoś was gdzieś zaprosi - idźcie. Kiedy klasa wybiera się na basen, nie wykręcajcie się tylko kupujcie strój jednoczęściowy (jeśli krępujecie się bikini) i bawcie się dobrze. Od początku inicjujcie wyjścia i korzystajcie z każdej szansy studenckiego wyjazdu. Niezależnie czy chodzi o nadwagę, trądzik czy inny problem z wyglądem, takie cechy zewnętrzne mają znaczenie tylko przez kilka pierwszych dni - w relacjach z ludźmi o wiele bardziej liczy się osobowość, więc jeśli od początku będziecie otwarte, uśmiechnięte, ciekawe świata, ludzie przestaną zwracać uwagę na Wasze problemy wyglądowe. Nie odkładajcie życia do chwili, kiedy już osiągnięcie ideał. Mówię Wam z własnego doświadczenia: nie warto.

PS. Zresztą myślę, że większości dziewczyn tutaj problem nie dotyczy. Ta notka powstała tak na wszelki wypadek ;-)


23 komentarze:

  1. niezwykle mądry ten Twój wpis i myślę, że dotyczy wielu osób (abstrahując od powoduj dlaczego życie odkładają na później), szkoda, że do takich wniosków zawsze dochodzi się po fakcie...

    ale nie ma co trzeba żyć pełnią życia, w końcu jest jedno i nikt za nas go nie przeżyje ;-)

    nie obraź się, czy coś, ale ściskam ciepło;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ciekawy wpis, mam tak samo, mimo, ze nie jestem osoba otyla, mam lekka nadwage, trzymam sie z dala od imprez, w zasadzie odmawiam zaproszen, czasami sama sie zastanawiam, skad taki strach przed wyjsciem do ludzi ;) ale nie umiem sie przelamac i sie bawic...
    tez sobie obiecuje, ze kiedy jzuz schudne,to...
    ale po tym co napisalas, mysle, ze warto to nastawienie w niedalekiej przyszlosci zmienic.
    Pozdrawiam cie, dobrego dnia!

    OdpowiedzUsuń
  3. Niezwykle ciekawy i zgodny z moimi wcześniejszymi przekonaniami post ja również przez całe gimnazjum wszystko zostawiałam na czasy licealne.. Myślałam że wtedy sobie wszystko odbije, ale masz rację jeżeli nie zmienię swojego myślenia to będzie tak samo. Dziękuje dałaś mi do myślenia. Pozdrawiam! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ty na szczęście masz jeszcze kupę czasu żeby zdobyć przyjaciół na całe życie i sobie poszaleć :) gimnazjum to dopiero przedsmak tego co może być

      Usuń
  4. Dużo osób boryka się z takim problemami, ja często nawet jak schudłam biłam się z takimi myślami, bo ciągle czułam się gruba. Z przyjaciółmi mam podobną sytuacje do Ciebie, chociaż ja raczej tak mam przez swoją osobowość. No i ja często zawodziłam się na innych osobach w związku z czym potem miałam już problemy z zaufaniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie mam tak samo...

      Czytając Twój wpis po części widziałam tu podobieństwo. Wiem o czym piszesz i również mogę podpisać się pod tym że nie można uciekać od wszystiego bo nagle samotność stanie się dokuczliwa,a wtedy już nie tak łatwo znaleźć ludzi z którymi warto się zaprzyjaźnić. Chociaż kilka razy ''przejechałam'' się na nie jednej osobie i może też dlatego trochę się odciełam to jednak warto przebywać z ludźmi tylko wyznaczyć granice i wiedzieć co komu się mówi.

      Usuń
  5. Choćby mnie dotyczy ten problem. Odkąd tylko dostałam okres, zaczęłam tyć. Były też rodzinne kłopoty, więc zaczęłam się izolować i zajadać wszelkie stresy czy smutki. Przytyłam jeszcze bardziej, kompleksów nabawiłam się więcej i czułam się ze sobą jeszcze gorzej. Znajomi przez pewien czas walczyli o wyciągnięcie mnie gdziekolwiek, ale zawsze wmawiałam im jak to wiele mam do zrobienia i choć chcę, to nie mam czasu. Aż odpuścili całkowicie. Kiedy w 3 kl.gimnazjum schudła jedna z moich koleżanek (sporo) wreszcie uwierzyłam, że i ja mogę to zrobić! Faktycznie, schudłam wiele i zmieniłam się. Nagle zaczęłam lubić siebie, byłam dumna z tego co osiągnełam (choć i tak wiele jeszcze uważałam, że muszę poprawić) ale przestałam uciekać przed ludźmi i wyjściami. Do czasu aż dopadło mnie jojo i przytyłam 2x tyle ile schudłam i czuję się ze sobą paskudnie. Wydaje mi się, że każdy mnie nie akceptuje przez to, iż ważę te 20kg za dużo. Może jeszcze gdyby rodzina tak nie naciskała na to, że muszę schudnąć, czułabym się lepiej. I tak, nadal uciekam od ludzi "bo przytyłam a widzieli mnie dużo szczuplejszą". Bez końca czekam, aż znów schudnę i będę mogła żyć normalnie. Bo będę pewniejsza siebie, piękniejsza i moja szansa na znalezienie kogoś kto będzie mi się podobał i mnie chciał będzie większa. Znajomych mam już głównie tylko w internecie. Nie widzą mnie, akceptują za moje wnętrze – to mnie trochę podbudowuje. A jeśli już ktoś mnie chce gdzieś wyciągnąć, to przez nadwagę nie idę. Nawet teraz, gdy zaczęłam spotykać się z pewnym facetem, mam spore obawy. Świadomość, że lubi on szczuplutkie mi nie pomaga. Jak mam iść z nim gdziekolwiek np. na wesele jego brata, skoro jestem taka gruba i wszędzie jest mnie za dużo? Nawet nie jestem w stanie wyobrazić sobie, by między nami mogło dojść do czegoś więcej, bo się wstydzę. Siebie, swojego ciała. Czasami już nie wiem, czy ludzie rzeczywiście mnie nie polubią przez nadwagę czy tak naprawdę blokuję samą siebie tylko przez swój brak akceptacji..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak się rozpędziłam, że nie zwróciłam uwagi na długość tekstu. Wybacz :-)

      Usuń
    2. Nie masz pojęcia jak dobrze Cię rozumiem... ja nadal mam takie momenty, "gorsze dni", kiedy wszystko się kręci wokół wagi. Jak waga ma tendencję spadkową to jest dobrze, mam ochotę wyjść etc, ale jak mi przybędzie to masakra. Nawet zdając sobie sprawę z tego że robię sobie krzywdę muszę dłuuugo ze sobą walczyć żeby wyjść z domu. Ostatnio kolega zaprosił mnie na wesele które odbędzie się za parę miesięcy - powściągliwie się zgodziłam bo musiałam, ale w myślach już zaczęłam wynajdywać preteksty jak się z tego wykręcić (po co ma ciągnąć ze sobą grubasa, co mu tylko wstyd przyniesie?). A idąc do aqua parku z rodziną która wie jak wyglądam i tak przeżyłam olbrzymi stres - najpierw myślałam że nie wyjdę z jacuzi bo widać w nim tylko moją głowę i ramiona.
      Ale obie musimy to przełamać. Dość życia straciłyśmy, dość okazji przeszło nam koło nosa.

      Usuń
  6. Dobrze,że się z tym podzieliłaś. Myślę,że wiele dziewczyn się z tym boryka i taka notka da im do myślenia :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Okrutnie mi się zrobiło przykro kiedy to przeczytałam :(
    Nie wiem co powiedzieć bo teraz już i tak za późno. Żałuję że Cię wtedy nie znałam , natłukłabym Ci do głowy że tak nie możesz robić :(

    Teraz w tym wieku to już faktycznie trudno zawierać nowe przyjaźnie, relacje w pracy są raczej luźne i niezobowiązujące. Na szczęście można zamiast tego znaleźć miłość stworzyć rodzinę itp...

    Często wtedy znajomi Twojego partnera stają się Twoimi znajomymi - przyjaźni może wielkich z tego nie będzie ale wiadomo w grupie raźniej ...


    Życzę Ci szczęścia i osiągnięcia teraz pełni radości z życia które jak piszesz odkładałaś.

    Post bardzo przydatny !!! Dobrze że o tym piszesz może ktoś przeczyta i się ocknie odpowiednio wcześnie by jeszcze coś naprawić. Dziewczyny/chłopaki w przyjaźni to ile ważysz nikogo nie obchodzi wystarczy się otworzyć trochę (wiem co mówię sama byłam zawsze nieśmiała ale nie narzekam na brak znajomych na których mogłabym polegać)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, teraz już tego tak nie przeżywam (albo przynajmniej staram się nie przeżywać), bo co mi da oglądanie się wstecz i marnowanie kolejnych lat na płaczu za okazjami które straciłam? Staram się iść do przodu i wychodzić do ludzi, chociaż czasem jest ciężko, bo - tak jak mówisz - ludzie mają już swoje kręgi przyjaciół i z nimi głównie przebywają.
      ta notka nie miała na celu wywoływania współczucia. po prostu nie chcę żeby ktoś inny znalazł się w takiej sytuacji.

      Usuń
  8. Wiesz, tak naprawdę Twój post nie dotyczy tylko kilkunastoletnich dziewczyn... Równie dobrze z powodu wyglądu "odkładać życie na później" można również kiedy idzie się do pierwszej pracy, kolejnej, zmienia miejsce zamieszkania, poznaje nowych ludzi na urlopie, szkoleniach itd. To co napisałaś jest uniwersalne:)

    OdpowiedzUsuń
  9. moje zycie zmienilo sie o 180 stopni od kiedy schudlam, wczesniej bylo mi ciezko i bylam zakompleksiona teraz tez jestem ale nadrabiam pewnoscia siebie

    OdpowiedzUsuń
  10. Masz 100% w tym co piszesz!

    OdpowiedzUsuń
  11. Miałam (mam?) taki sam problem. Teraz staram się nie odmawiać wyjść tylko dlatego, że wstydzę się swojej wagi, bo na szczęście zrozumiałam, jak wiele mnie omija :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Świetny tekst, na pewno komuś pomożesz, dzięki temu że tak się otworzyłaś :>

    OdpowiedzUsuń
  13. Też miałam ten problem w liceum. Dobry post, spodobał mi się. Masz rację. Trzeba żyć, korzystać! A nie czekać nie wiadomo na co... ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. wiele dziewczyn ma ten problem, mało się do niego przyznaje...

    http://pretty-perfection.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  15. Wzruszyłam się czytając ten wpis - przez całe gimnazjum i liceum, czyli najpiękniejsze lata, tak właśnie myślałam i tak postępowałam. Odkładałam życie na później, a to "później" w tych okolicznościach i z tymi ludźmi - nigdy już nie nastąpi.

    OdpowiedzUsuń
  16. Na Twój wpis trafiłam przypadkiem, z linku na innym blogu. Zaczęłam czytać i... czułam się jakbym czytała opis mojego życia. Może z jednym wyjątkiem - nie myślę w ten sposób, że 'nie zasługuję' na coś , na kogoś. Uważałam, że jak schudnę, to wszystko będzie piękne , cudowne. Wszystkie spotkania, wyjazdy odkładałam na później , bo przecież jak schudnę, to będą lepsze. Nie spotykałam się ze znajomymi, bo zawsze uważałam, że wszyscy wyglądają lepiej ode mnie. Starałam się jak najrzadziej zabierać głos, bo ludzie ocenialiby mnie przez pryzmat mojego wyglądu. Jak to nazwałaś - starałam się być szarą myszką, która w głębi chciałaby być KIMŚ . I jak opisujesz - myślałam : kiedyś sobie wszystko odbiję. Właściwie powinnam używać czasu teraźniejszego , bo ja cały czas tak się zachowuję. Trafiając na ten post pomyślałam sobie - to jakiś znak, żebym się zmieniła, zaczęła żyć pełnią życia . Przecież jest tyle ludzi o niedoskonałej figurze, którzy czerpią z życia garściami. Ale myśląc o takich zawsze czuję się jeszcze gorzej- bo oni potrafią się cieszyć , a ja nie.

    Staram się schudnąć już 5 lat. Właściwie nie jestem strasznie otyła , ale gdy przypominam sobie, ze jeszcze 5 lat temu ważyłąm 30 kg mniej, to mnie coś trafia. I choć staram się myśleć - od teraz będę inna , będę robiła wszystko na co mam ochotę ,nie patrząc na mój wygląd , to potem zawsze przychodzi myśl - ale przecież stać cię na to, żeby schudnąc, przeciez to nie jest takie trudne... I wtedy cały plan o nieprzejmowaniu się legnie w gruzach. Bo schudnąć nie potrafię , mam za słabą wolę.

    To jest takie wielkie, głupie , błędne koło.

    Znajomi coraz rzadziej mnie gdzieś zapraszają. Bo wiedzą , że i tak nie przyjdę . Część z nich już dawno 'wykluczyła' mnie z kręgu, bo się z nimi nie spotykałam. I zawsze patrząc na ich zdjęcia , na ich uśmiechnięte buzie, myślę o tym , ile straciłam.

    Przez moje skrzywione myśli przegapiłam 2 lata gimnazjum ( na pierwszym roku byłam jeszcze chuda i szczęśliwa) i 3 lata liceum. Dodatkowo w liceum moje humory przerzuciły się na naukę, przez co miałam okropne oceny, choć zawsze uczyłam się bardzo dobrze. To wszystko potęgowało poczucie winy, nienawiść do samej siebie. Ale i tak codziennie myślałam : niedługo będzie inaczej, schudniesz, wszystko wróci do normy, bo bedziesz szczesliwa. Z takim podejściem dotrwałam aż do matury ( chciałam jeszcze tylko napomnknąć, że studniówka była najgorszym dniem w moim życiu,szkoda, bo mogło być tak pięknie...). I zorientowałam się , że nic nie umiem, że nie mam przyjaciół, i to wszystko zaczęło się od tego durnego : 'kiedy schudnę, to ...' .
    Dostałam jednak kolejną szansę . Maturę zdałam rewelacyjnie i dostałam się na wymarzony kierunek. Życie stało otworem. Miałam przed sobą 4 miesiące wolnego i wizję : teraz uda mi się zrobić wszystko i w końcu schudnąć . Bo jeśli nie schudnę teraz, to już nigdy. I w wakację w końcu będę się spotykać z ludźmi.
    I co ?
    Jest wrzesień. Ile schudłam ?
    Nic. Przytyłam jeszcze 2 kg.
    Ile razy się z kimś spotkałam ?
    Raz. Niewiele więcej razy wyszłam z domu na spacer, czy plażę. Oczywiście sama.
    Jak zwykle więc wszystko zawaliłam. Nie potrafię się zmienić. Z utęsknieniem czekam na moment, kiedy w końcu coś zrobię . Bo przecież to zależy ode mnie .
    Tylko ode mnie. I to jest straszne.

    Przepraszam, że tak się rozpisałam. Ale naprawdę poczułam się wstrząśnięta, gdy przeczytałam Twój wpis i poczułam się , jakbym nagle zobaczyła moją przeszłość i przyszłość. ( bo studiów jeszcze nie zaczęłam) . Przeszłości już nie zmienię. Niestety , choć nie raz płakałam, modląc się o taką możliwośc. Przyszłość mogę jeszcze zmienić .Czy to się stanie ? Nie wiem.

    Najbardziej boli mnie fakt, że mam wszystko : zdrowie, kochającą rodzinę, mam gdzie mieszkać i co jeść. Ile ludzi chciałoby być na moim miejscu ? Dużo. A ja tak spieprzyłam tyle lat mojego życia. I nadal to robię.

    Pozdrawiam serdecznie. I cieszę się , że Ty już wyszłaś z tego bagna. Chociaż szkoda, że tak późno, i tyle młodzieńczych lat się zmarnowało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, bardzo poruszył mnie Twój komentarz bo w tylu aspektach jesteśmy do siebie podobne. Proszę Cię, nie patrz wstecz- rozpamiętywanie tych "straconych" lat niczego nie zmieni, tym bardziej że od października masz KOLEJNĄ SZANSĘ. Bardzo Cię proszę o jedno - przełamuj się, wychodź do ludzi, nawet zmuszaj się jeśli będzie trzeba. To nie jest łatwe, komfortowe i pewnie nie zawsze będziesz czuła się dobrze a myśli o wadze będą Cię dręczyły, ale to jedyny sposób by doświadczyć życia (studenckiego i ogólnie), a także zdobyć przyjaciół na całe życie... Bo drugiej takiej szansy świeżego startu wśród ludzi którzy są w tym samym punkcie co ty już pewnie nie będzie.

      Usuń